niedziela, 20 wrzesień 2026 13:40

Nowe progi PIT od 2027 roku. Ulga dla klasy średniej czy tylko korekta podatkowego problemu?

Rząd zapowiada od 2027 r. istotną zmianę skali podatkowej PIT. Próg, po którego przekroczeniu zaczyna dziś obowiązywać stawka 32 proc., ma zostać podniesiony ze 120 tys. do 150 tys. zł, przy czym pomiędzy 130 a 150 tys. zł dochodu pojawi się nowa stawka 24 proc. Według Ministerstwa Finansów na zmianach ma skorzystać około 3,5 mln podatników, a maksymalna roczna korzyść ma wynieść 3600 zł. Przyglądamy się temu, czy to rozwiązanie to faktycznie rewolucja, a może ma jakieś wady?

Na pierwszy rzut oka trudno dyskutować z tym, że jest to rozwiązanie znakomite. Podatek będzie niższy, skok między stawką 12 a 32 proc. zostanie złagodzony, a osoby, które w ostatnich latach coraz częściej wpadają w drugi próg, dostaną pewną ulgę. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy rządową zapowiedź przestaniemy traktować jak komunikat o „sprawiedliwszym systemie”, a zaczniemy analizować jako konkretną politykę podatkową. Bo ta reforma jest korzystna, ale trudno nazwać ją podatkową rewolucją.

Najpierw dobra wiadomość: 32 proc. przestanie być pułapką na coraz większą liczbę pracowników

Obecny próg 120 tys. zł został ustalony w ramach zmian wprowadzonych w 2022 r. W tzw. międzyczasie wynagrodzenia znacząco wzrosły. Według danych przywoływanych przy okazji obecnej reformy przeciętne wynagrodzenia między 2023 a 2026 r. zwiększyły się nominalnie o około 31 proc., a realnie – po uwzględnieniu inflacji – o około 19 proc. W efekcie coraz więcej osób przekracza próg 120 tys. zł nie dlatego, że nagle stały się zamożnymi podatnikami, ale dlatego, że próg przez lata pozostawał niezmieniony, podczas gdy płace rosły.

Według danych przywoływanych przez „Rzeczpospolitą” w 2025 r. ponad 2,4 mln podatników przekroczyło próg 120 tys. zł, czyli około pół miliona więcej niż rok wcześniej. Bez zmian liczba ta mogłaby dalej szybko rosnąć.

Rząd słusznie więc zauważa problem. Tyle że jest to w dużej mierze problem, który sam system podatkowy stworzył przez brak regularnej waloryzacji progów.

24 proc. zamiast 32 proc. – rozsądna korekta, ale również nowe komplikowanie systemu

Dzisiaj mechanizm jest prosty: do 120 tys. zł obowiązuje stawka 12 proc., a nadwyżka ponad tę kwotę jest opodatkowana według stawki 32 proc. Po zmianach system stanie się bardziej stopniowy:

  • do 130 tys. zł – 12 proc.,

  • od 130 do 150 tys. zł – 24 proc.,

  • powyżej 150 tys. zł – 32 proc.

Sama konstrukcja ma sens. Zamiast gwałtownego przeskoku z 12 do 32 proc. pojawia się stawka pośrednia. Ale trudno nie zauważyć drugiej strony medalu: system podatkowy staje się jeszcze bardziej skomplikowany. Polska nie potrzebuje przecież wyłącznie niższych podatków. Potrzebuje również podatków przewidywalnych i prostych.

Co więcej, rząd przedstawia zmianę jako rozwiązanie problemu klasy średniej, podczas gdy korzyści są bardzo skoncentrowane. Podatnik z dochodem między 120 a 130 tys. zł zyska maksymalnie 2000 zł rocznie. Osoba z dochodem 140 tys. zł – około 2800 zł. Maksymalna korzyść 3600 zł pojawia się przy dochodzie od 150 tys. zł wzwyż. I tutaj pojawia się pewien paradoks.

3600 zł dla pracownika i 3600 zł dla milionera

Najbardziej wymownym elementem reformy jest właśnie maksymalna ulga. Osoba osiągająca dochód 150 tys. zł i osoba zarabiająca znacznie więcej – jeśli obie mieszczą się w skali podatkowej – mogą uzyskać z samej zmiany progów tę samą maksymalną korzyść: 3600 zł rocznie. To nie oznacza oczywiście, że milioner płaci mniej podatku niż osoba zarabiająca 150 tys. zł. Nadal płaci 32 proc. od odpowiedniej nadwyżki. Pokazuje jednak, że reforma nie jest szczególnie precyzyjnym narzędziem redystrybucji.

Jeżeli celem rzeczywiście ma być wsparcie osób o średnich dochodach, można zapytać, dlaczego państwo daje identyczną ulgę komuś zarabiającemu 150 tys. zł i komuś, kto zarabia wielokrotnie więcej. Z drugiej strony trudno też oczekiwać, aby każda ulga podatkowa była konstruowana tak, żeby korzyść automatycznie malała wraz ze wzrostem dochodu. Problem polega raczej na czym innym: rząd mówi o „sprawiedliwości”, ale proponowane rozwiązanie jest przede wszystkim korektą progów, a nie kompleksową reformą progresji podatkowej.

Największy znak zapytania: dlaczego znowu nie ruszamy kwoty wolnej?

W tym miejscu pojawia się być może najważniejsza kwestia. Kwota wolna od podatku ma pozostać na poziomie 30 tys. zł. To oznacza, że rząd decyduje się na podniesienie progu podatkowego, ale pozostawia bez zmian drugi kluczowy parametr systemu.

A przecież jeżeli argumentem za zmianą jest wzrost wynagrodzeń, można postawić pytanie: dlaczego ten sam argument nie miałby dotyczyć kwoty wolnej?

30 tys. zł było dużą zmianą w 2022 r. Dziś jego realna wartość jest niższa. Tymczasem reforma nie proponuje mechanizmu automatycznej waloryzacji ani progów, ani kwoty wolnej. Oznacza to, że za kilka lat możemy znaleźć się dokładnie w tym samym miejscu: wynagrodzenia ponownie wzrosną, coraz więcej osób zacznie przekraczać ustawowe granice, a politycy znów będą musieli „naprawiać” skalę podatkową. To jeden z największych braków obecnej propozycji.

„Skorzysta 3,5 mln podatników” – ale ile naprawdę zyskają?

Liczba 3,5 mln podatników brzmi imponująco. Trzeba jednak ostrożnie ją interpretować. Nie każdy z tych podatników dostanie dodatkowe 3600 zł. Korzyść zależy od wysokości dochodu. Osoba przekraczająca 120 tys. zł tylko nieznacznie zyska na podniesieniu progu, podczas gdy pełną korzyść osiągną dopiero podatnicy z dochodem co najmniej 150 tys. zł.

Dlatego komunikat „3,5 mln Polaków zyska” jest prawdziwy, ale nie mówi jeszcze wiele o skali korzyści przeciętnego podatnika.

Co więcej, trzeba pamiętać, że mowa o dochodzie będącym podstawą opodatkowania, a nie po prostu o pensji brutto. W przypadku pracownika wartości te są różne. Można oszacować, że za 130 tys. zł dochodu odpowiada mniej więcej 150 tys. zł rocznego wynagrodzenia brutto, a 150 tys. zł dochodu – około 174 tys. zł brutto. To istotne, bo hasło „podwyższamy próg do 130 tys. zł” może być łatwo odczytane jako informacja o dodatkowej pensji, a nią nie jest.

Reforma PIT ma drugą stronę – podwyżki dla jednych, wyższe obciążenia dla innych

Rząd nie proponuje wyłącznie obniżek. Jednocześnie planowane jest podniesienie podstawowej stawki CIT z 19 do 22 proc. dla podmiotów osiągających przychody powyżej 50 mln euro rocznie oraz dla podatkowych grup kapitałowych. Do tego dochodzi podwyższenie daniny solidarnościowej z 4 do 5 proc., zmiany w ryczałcie oraz modyfikacja preferencji IP Box.

W praktyce oznacza to więc nie tyle prostą „obniżkę podatków”, ile przesunięcie części ciężaru podatkowego. Rząd może oczywiście argumentować, że największe firmy i najzamożniejsi podatnicy mają większą zdolność do ponoszenia ciężarów. Jest to uzasadniona politycznie koncepcja. Ale ekonomiczna ocena jest bardziej skomplikowana.

Wyższy CIT może zwiększyć wpływy budżetowe, ale jednocześnie może wpływać na decyzje inwestycyjne przedsiębiorstw, strukturę grup kapitałowych czy sposób lokowania zysków. Z kolei wyższa danina solidarnościowa wzmacnia progresję, ale może również zwiększać bodźce do korzystania z innych form opodatkowania.

Dlatego ostatecznej oceny nie powinno się dokonywać na podstawie samej wysokości stawek. Kluczowe będzie to, jak podatnicy i firmy zareagują na nowe reguły.

To nie jest jeszcze „reforma systemu podatkowego”

Warto też zachować proporcje. Rząd mówi o reformie systemu podatkowego, ale przedstawione rozwiązania dotyczą przede wszystkim korekty istniejących parametrów. Nie rozwiązują wielu fundamentalnych problemów polskiego systemu. Nie ma automatycznej waloryzacji progów. Nie ma podwyższenia kwoty wolnej. Nie ma też jednej, spójnej konstrukcji obejmującej pracowników, przedsiębiorców rozliczających się skalą, ryczałtowców i osoby korzystające z innych form opodatkowania. Do tego dochodzą składki i różnice między poszczególnymi formami zatrudnienia, które sprawiają, że sama stawka PIT nie pokazuje pełnego obciążenia dochodu. W efekcie osoba słysząca o „12, 24 i 32 proc.” nadal nie dostaje odpowiedzi na najważniejsze pytanie: ile faktycznie zostanie jej w kieszeni?

Największy problem może pojawić się za kilka lat

Najbardziej krytyczna uwaga wobec tej propozycji jest jednak długoterminowa. Podniesienie progu z 120 do 130 tys. zł jest reakcją na wzrost wynagrodzeń. Jeżeli wynagrodzenia nadal będą rosły, za kilka lat znów większa liczba osób przekroczy próg 130 tys. zł, a następnie 150 tys. zł.

Jeżeli państwo nie stworzy mechanizmu automatycznej waloryzacji, obecna reforma może być tylko kolejnym etapem cyklu: zamrożenie progów – wzrost płac – coraz więcej podatników w wyższej stawce – polityczna presja – kolejna korekta. To byłoby rozwiązanie doraźne, a nie systemowe.

Czy więc jest się z czego cieszyć?

Tak – ale bez używania słowa „rewolucja”. Dla 3,5 mln podatników zmiana będzie korzystna. Osoby przekraczające obecny próg 120 tys. zł dostaną realną ulgę, a maksymalna oszczędność na poziomie 3600 zł rocznie nie jest kwotą symboliczną. Szczególnie sensowne jest złagodzenie gwałtownego przejścia z 12 do 32 proc.

Jednocześnie trudno uznać tę propozycję za całościową reformę podatków. Bardziej przypomina ona korektę systemu, który nie nadążył za wzrostem wynagrodzeń.

Największym problemem nie jest więc to, że rząd podnosi próg do 130 tys. zł. Problemem jest to, że robi to dopiero teraz i nie tworzy reguły, która zapobiegłaby powtórzeniu tego samego problemu za kilka lat. Jeżeli reforma ma rzeczywiście sprawić, że „praca będzie się opłacać”, warto patrzeć nie tylko na to, ile podatku oddamy w 2027 r. Ważniejsze jest pytanie, czy w 2030 r. system nadal będzie odpowiadał realiom polskich wynagrodzeń. I właśnie na to pytanie obecne propozycje jeszcze nie dają przekonującej odpowiedzi.

Masz pytania odnośnie podatków?

marcin otreba

Wojciech Ośka

Prezes Zarządu

tel: +48 662 311 844
email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Umów się na spotkanie

 

Zostaw nam swoje dane, oddzwonimy

  Refresh Captcha